|
W poszukiwaniu straconego znaczenia albo żeby Kubuś Puchatek pozostał sobą
Każdy przekład to nie mechaniczne czy też coraz powszechniejsze elektroniczne powielenie czy odtworzenie oryginału ale niestety odejście od niego, a więc interpretacja (co podkreśla także język angielski gdzie tłumacz to interpreter). Ten truizm należy powtarzać, aby ucinać wszelkiego rodzaju wątpliwości i dyskusje, również od strony fiskalno-skarbowej, czy tłumacz wnosi coś nowego do dzieła, nad którym pracuje. Z pewnością. Dlatego też zdarzają się tłumaczenia dobre i złe, udane i takie, o których należałoby szybko zapomnieć. Z pewnością każdy przekład to wariacje na temat. Oczywiście aspekt ten ma swoje dwa bieguny skrajności, gdzie po jednej stronie jest poezja, której tłumacz winien zwać się raczej interpretatorem gdyż de facto tworzy nową wartość. Po drugiej stronie jest tłumaczenie sądowe, techniczne, medyczne, militarne, itp. gdzie autor musi stać jak najbliżej materii, nad którą pracuje a ideałem byłoby gdyby mógł zniknąć w ogóle. Właściwie w miejsce przymiotnika "stracony" w tytule tego wystąpienia można by wstawić inne wyrazy: na przykład utracony / zagubiony / zostawiony / nieistniejący / porzucony / uciekający / zanikający. I nie chodzi tutaj o licentia poetica , gdyż w zasadzie tłumacz nie powinien się kierować swobodą, ale raczej o własną interpretację autora przekładu zależną, jak wiemy, od wielu czynników. Miejsce i czas powstania oryginału (kontekst historyczny) ale także współczesny jemu, domniemany adresat czyli odbiorca ze swoimi jakże różnorodnymi możliwościami percepcji stają się dla tłumacza swoistymi odniesieniami, które mają podstawową rolę w ostatecznym kształcie przekładu. Utalentowani, wręcz genialni tłumacze potrafią stworzyć przekłady żyjące własnym życiem, często ponadczasowe i znajdujące swe miejsce nawet u przyszłych pokoleń. Nie bez kozery nawiązuję do "W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta gdyż chcę dorzucić kamyczek do zdaje się ogólnonarodowej dyskusji jak przetłumaczyć na nowo tytuł tego słynnego dzieła i czy przede wszystkim zabrać się do nowego przekładu w ogóle. Każde z wyżej wymienionych określeń nieszczęsnego czasu jest bliższe lub dalsze znaczeniowo myśli Prousta. Ale któż to wie jaka ona była naprawdę. Piszę świadomie w czasie przeszłym "była" ponieważ wierny tłumacz to twórca, który mając do dyspozycji język musi brać pod uwagę inne aspekty kulturowe. Ponadto, samo dzieło staje się w miarę odkrywania kolejnym odnośnikiem i znaczenie zwrotu zależy oczywiście tu od całości a nie od pojedynczego słowa przełożonego na inny język. Nie można odrywać dzieł wybitnych od ich kontekstu historyczno-kulturowego tzn. nie można odrywać ich autorów od ich rzeczywistości, gdyż byli oni umieszczeni w danym miejscu w danej chwili i mieli określone środki wyrazu. Tłumaczenie musi być najbliższe oryginałowi, w każdym aspekcie, gdyż celem (wy)tłumaczenia jest udostępnienie myśli autora, jego przekazu (treści ale i formy) osobom nie znającym języka, którym posługiwał się autor. A więc uwspółcześnienie tłumaczeń będzie tworzeniem na nowo. Przekład , który został rzetelnie popełniony , a przy T. Boy- Żeleńskim chyba możemy mówić o mistrzostwie, nie powinien być poprawiany. Następne pokolenia i tak wrócą do oryginału tak jak mój 16-letni syn słuchający obecnie Led Zeppelin zaczynał od nowoczesnej, rapowej wersji utworu "Kashmir" pt. "Come With Me". Czy współczesnym nam, pod koniec umownego XX wieku n.e., Marcel Proust byłby pisarzem ? A może raczej hackerem tzn. programistą-włamywaczem i serfował by po sieci, albo pisał scenariusze do teledysków ? Ale zostawmy spekulacje kulturoznawcom wracając ad rem. Myślę, że rozważając ponowne podejście do każdego dzieła w obcym języku należy rozpatrzyć przynajmniej dwa elementy: Primo - czy rzeczywiście przekład Boya-Żeleńskiego wymaga uwspółcześniania, a jeśli tak to czy nie za wcześnie. Przecież język polski nie uległ jeszcze takiej zmianie aby ten sprzed kilkudziesięciu lat nie był już rozumiany. Jeśli idziemy takim tropem to należałoby czym prędzej przekładać wszystko co się ukazało nawet przed kilkunastu laty nie wspominając np. Pisma Świętego bo dzisiejsza generacja nie używa ( = nie musi rozumieć ) języka owych czasów. A może by tak również posunąć się na przykład do ponownej interpretacji powieści W. Goldinga pt. "Lord of the Flies" tym razem pod tytułem "Belzebub" gdyż w hebrajskim to właśnie "król, władca much". Secundo - jeśli odpowiedź zabrzmi pozytywnie idąc dalej proponuję następujące rozwiązanie w miejsce akademickich dywagacji, szczególnie dla pani Krystyny Rodowskiej, która zdaje się być mocno zaangażowana w całą sprawę. W zależności od oczekiwanych kręgów czytelników oraz niesionego przesłania przedkładam dwie wersje tytułów owego dzieła: Zajmując się dziełami kultury tzw. wysokiej, czy wręcz najwyższej w przypadku Prousta, nie możemy przechodzić obojętnie obok nowych zagadnień i światów, które wyrastają szybciej od grzybów po deszczu i być może juz wkrótce zaczną dominować. Myślę o języku angielskim, z którym zmuszana jest codziennie obcować coraz większa liczba widzów Eurosportu lub użytkowników sieci internetowej. Oczywiście zaliczam to zjawisko do kultury masowej. Ale szybkość przekazu i cały szum informacyjny w stosunku także do języka każe zainteresować się nim bliżej. Otóż, w tym przypadku znajomość obcego środka komunikacji może ograniczać się do rozszyfrowywania skrótów typu: CU = see you lub "umiędzynarodowionej" wymowy (jakże dalekiej od standardów BBC) wzorowanej na tekstach z MTV czy elementach gry w NBA. I wypada tylko ubolewać, iż edukacja nie nadąża za postępem czy raczej pośpiechem cywilizacyjnym. Dopóki język spełnia swoje podstawowe zadanie komunikacyjne i w miarę prawidłowo przekazuje treści nic tu po tłumaczach i niech tak będzie. Szkoda tylko tych rzesz ludzi opętanych przez codzienne bombardowanie obcymi zwrotami i frazami. (Ostatnio ojciec spytał mnie co oznacza wyraz plaza w warszawskim adresie. Mój Boże, nie jestem pewien. To część nazwy własnej, obcojęzycznej budynku, mającego zdaje się architektonicznie kształt zamkniętej bryły z niezabudowaną częścią, "placem", w środku. Przecież nie idzie chyba tutaj o "trybunę" na hiszpańskiej arenie korridy). Jednak przy stale rozszerzającej się ilości osób posługujących się językami obcymi równocześnie zachodzi zjawisko bardziej niepokojące. Oto część uczestników współczesności znająca pobieżnie język lub operująca nim w bardzo zawężonych i specjalistycznych zakresach zaczyna zabierać się do tłumaczenia z innych dziedzin. Pozwalam sobie nazwać takie tłumaczenia poptranslacją (i nie chodzi tutaj o wysiłki duchownego prawosławnego w dziedzinie przekładu). Oto kilka jej przykładów, sklasyfikowanych w podgrupy. Oczywiście, mam świadomość iż nikt nie jest doskonały i errare humanum est ale IMNSHO (ang.www = in my not so humble opinion) czyli moim nieskromnym zdaniem tłumacze szukający zagubionych znaczeń winni wystrzegać się poniższych sytuacji i postaw: 1. erudycja nie idąca w parze ze zdrowym rozsądkiem 2. tłumaczenie na komórkę (przy słabym sygnale) 3. brak ekwiwalentu i pośpiech 4. niedbałość, brak wiedzy ogólnej Przykładów takich można mnożyć, prawie do znudzenia. Sam kiedyś miałem problem ze zrozumieniem, co jest pierwszym acz podstawowym i niezbędnym aktem do dobrego tłumaczenia, wyrazu squash, który wyrwany z kontekstu kojarzył mi się wyłącznie z grą sportową. Ale figurował na liście zakupów do kancelarii jednostki wojskowej stacjonującej na Wzgórzach Golan. A więc musiał to być raczej zagęszczony napój z wyciśniętych owoców. A więc aby ziściła się norwidowska tęsknota za krajem gdzie "tak znaczy tak", tłumacz podejmując wysiłek interpretacji dzieła, zwrotu czy wręcz zwykłego zdania musi jednocześnie brać pod uwagę twórcę oryginału, domniemanego odbiorcę oraz cały zakres wpływów na obu ze strony środowiska językowego, kulturowego, historycznego itp. Zwłaszcza we współczesnych czasach kiedy masowość wysiłków translatorskich i ich odbiorców nie koniecznie oznacza jakość przekładu. Ponadto wiemy, iż język jako podstawowa materia pracy tłumacza jest tworem, który nie zawsze w prosty sposób poddaje się analizie. Oto przykład wręcz klasyczny, gdzie równoważne znaczenie jest osiągane poprzez zaprzeczenie wyrażone w różnych językach (angielskim i polskim): - Do you mind if I open the window? = Czy mogę otworzyć okno? Ostatnio nadeszły całkiem ekscytujące wieści z antypodów gdzie Anna Wierzbicka pracuje nad uniwersalnym kodem językowym, który miałby umożliwić "czystą przekładalność", to znaczy wyeliminowanie interpretacji tłumacza, przekazanie czystego sensu, bez naleciałości kulturowych, które niesie ze sobą pośrednictwo każdego języka. Wydaje się to prawie niemożliwe i dotyczyć będzie z pewnością bardzo ograniczonej liczebnie listy znaków. A tymczasem tłumacze będą dalej zmagali się z poszukiwaniem najlepszego znaczenia. Jednak nie samym duchem człek żyje więc skoro zbliża się time for a little something, niech Winnie-the-Pooh, według A.A. Milne, pozostanie naszym Kubusiem Puchatkiem stworzonym przez I. Tuwim, gdyż musicie przyznać, że "już czas na jakieś małe Conieco" brzmi nadzwyczajnie. Dariusz Piórkowski |