Jak zarżnąć powieść



Dlaczego książka SF, powszechnie uznawana za wybitną (w USA i Wielkiej Brytanii, gdzie dość jest dobrej fantastyki, by czytelnicy mieli skalę porównawczą), w Polsce nie została zauważona? Zacząłem rozważać to zagadnienie, gdy po wydaniu "Pana światła" (Lord of Light) Rogera Zelaznego nie dotarł do mnie chór zachwyconych opinii. Sam czytałem tę powieść kilka lat temu w oryginale i wywarła na mnie naprawdę duże wrażenie. Kiedy jednak przekonałem się, że na naszym rynku nie zrobiła kariery, a w wypowiedziach czytelników trudno było doszukać się entuzjazmu, solidnie wziąłem się do analizy.

Powieść mówi o planecie, gdzie ziemscy koloniści, korzystając z bogatego zaplecza technicznego, praktycznie urzeczywistnili religię hinduistyczną, razem z reinkarnacją, bogami i wszelkimi tego typu rekwizytami. Dokonano podziału na bogów i wiernych, przy czym bogowie usiłują go utrzymać, zaś wierni - nie aspirując do boskości - próbują przejąć niektóre elementy techniki. Pomaga im Sam, niegdyś jeden z bogów, potem Budda, wreszcie przywódca rebelii.

Mogą zaistnieć trzy powody niedostrzeżenia wybitnej powieści. Po pierwsze: rynek. Ostatnio wychodzi sporo tytułów SF i trudno oczekiwać, by każda propozycja stała się bestsellerem. Zwłaszcza że przywaleni górą książek nabywcy nie bardzo wiedzą, co brać. "Fantastyka" i "Fenix" książki nie zauważyły. Może przyczyny niepowodzenia "Pana światła" znajdują się między okładkami powieści? Przeczytałem ją zatem po raz drugi i po polsku.

A zatem drugi z możliwych powodów: wydawca. Trzeba przyznać, że firma Atlantis zrobiła wiele, by obrzydzić swój produkt. Nieprzyjemny system rozpoczynania kolejnych rozdziałów od samego szczytu strony psuje wygląd, sprawiając wrażenie posuniętej do absurdu oszczędności papieru. Duża liczba literówek, które zmieniają sens zdania (np. tom zamiast ton), czy utrudniają zrozumienie (dokryty zamiast doktryny), a także pojawiające się tu i tam, często w samym środku dialogu, zwiększone odstępy między akapitami (sugerujące "zmianę sceny" czy może przeskok czasowy) skutecznie rozbijają płynność narracji (a więc i lektury).

Ale dość o wydawcy. Niechlujność wydawnicza powoli opanowuje rynek i trzeba przyznać, że Atlantis daleko jeszcze do dna. Lektura książki ujawniła jednak prawdziwy, trzeci powód niechęci czytelników do tej powieści. Jest nim fatalna jakość tłumaczenia.

Od razu mówię: znam gorsze teksty. Ale "Pan światła" to nie jakaś "Zemsta skorupiaków" czy "Macki" z Phantom Pressu. Tam, jeśli tłumacz nie odróżni cysterny od tankowca (dzięki czemu tankowiec rozbija się kilkadziesiąt kilometrów od brzegu - w głębi lądu), nie szkodzi to zbytnio samej powieści. Ale Zelaznemu szkodzi.

Tłumacz, Robert Reszke, w zasadzie pisał po polsku. Co oznacza, że nie rzucają się w oczy błędy stylistyczne, składniowe i gramatyczne, a jedynym zarzutem jest nadmiernie czasem napuszony ton i zbędna stylizacja niektórych wypowiedzi (zarówno bohaterów, jak i narratora). Niestety, semantyczna strona tekstu pozostawia wiele do życzenia. Nie jestem w stanie omówić tu wszystkich błędów, więc podam kilka przykładów.

Zauważyłem, że w pewnych scenach zupełnie nie rozumiem, o co chodzi. Na przykład jeden z bohaterów mówi (str. 51): Może pamiętasz takiego smarkacza [...] imieniem Jama? Łobuz z rodzaju tych, które zawsze wcinają generatory... Naturalne pytanie, jak wcinają i co to znaczy wcinać? - okazało się błędem. W oryginale mamy [...] The kid who was always souping up generators... Słowo soup oznacza zupę i w tym sensie ma związek z wcinaniem czyli jedzeniem. Natomiast soup up oznacza podrasować albo zwiększyć moc. I to właśnie Jama robił z generatorami.

Nie zrozumiałem też, dlaczego na tej samej stronie pan Agni przez całe trzy dni chłostał księżyc swym ognistym berłem, równocześnie falując wody morza. Po sprawdzeniu okazało się, że płomień ognistego berła dosięgnął wszystkich trzech księżyców, gdy pan Agni machnął nim, stojąc na brzegu morza. Gdzie indziej (str. 101) czytamy, że Jama wymierzył cios, poczuł, jak ziemia rozstępuje się pod nim, wciągając go w głęboki lej. Stał, wyciągnięty na baczność i tak już pozostał. Wnioskujemy, że zapadł się w lotny piasek po szyję, gdyż tylko wtedy nie mógłby zmienić niezbyt wygodnej pozycji na baczność. Dlaczego więc dwie strony dalej stwierdzamy, że Jama tkwił już w ziemi do połowy ud? Wypychało go czy co? Sprawdzamy. Kiedy nastąpił na pas piasku u stóp skały, coś powstrzymało jego ruch. Upadł niemal, skręcił ciało pod kątem prostym i odzyskał równowagę. Szarpnął mocno, ale nie mógł się poruszyć. Zatem nie wpadł po szyję i nie pozostał wyciągnięty na baczność.

Z kolei na str. 211 pewna kobieta, realizując dość wygórowane wymagania żywieniowe przypadkowego żebraka, stwierdza: Sama nie wiem, czemu wyświadczam ci tę łaskę. Żebrak (domyślamy się, że to Kriszna), jakby w odpowiedzi, mruczy na stronie Bo ciebie pragnę. Co ma jedno do drugiego? Nic. W oryginale Kriszna mówi Bo tego chcę, czyli bo chcę, żebyś to zrobiła (Because I want you to). Pan Reszke pominął ostatnie to, przez co całkowicie zmienił znaczenie zdania i pozbawił je związku z treścią dialogu.

Tłumacz dość swobodnie traktował treść oryginału. Np. na str. 49 czytamy: - Co? - książę omal nie zleciał ze stołka. W oryginale ten akapit brzmi: Co? I tyle. O spadaniu ze stołka nie ma mowy.

Czasem także brakuje kilku słów, bywa, że ważnych. Przykład, który tu podam, ilustruje także poważne braki tłumacza w znajomości języka. Zatem strona 209:

- Też tak uważam [mówi Olvegg] [...]
- Znasz mnie?
[pyta Nirriti].
- Tak, kapelanie. Bo jestem Jan Olvagga, kapitan Gwiazdy Indii.
[...]
- Jeden z Pierwszych i... no tak... chrześcijanin!
- Niekiedy, jedynie wówczas, gdy łamię słowo dane hinduizmowi.

Cóż to oznacza? Nirriti pyta, czy marynarz rozumie, w czyich rękach się znalazł. Ten odpowiada, że zna go, gdyż jest kapitanem statku (w domyśle: bywałym w świecie). Zdania o łamaniu słowa danego hinduizmowi nie zrozumiałem. Zajrzyjmy więc do oryginału.

- Tak, Renfrew. Uważam, że masz rację [mówi Olvegg]. [...]
- Znasz mnie? [pyta Nirriti]
- Tak, kapelanie. Bo jestem Jan Olvegg, kapitan "Gwiazdy Indii".
[...]
- Jeden z Pierwszych i... no tak... chrześcijanin!
- Tylko czasami, kiedy wyczerpię już wszystkie hinduskie przekleństwa.

Teraz sytuacja wygląda całkiem inaczej. Nirriti pyta, skąd marynarz zna jego ziemskie nazwisko. Ten przedstawia się także ziemskim nazwiskiem i przypomina nazwę statku, którym dolecieli na tę planetę. Słowo dane hinduizmowi pozostawiam bez komentarza. Reszke, usuwając Renfrew i zmieniając Olvegga na Olvaggę całkowicie wypaczył sens tej znaczącej sceny. Zaś nie rozumiejąc ostatniego zdania, zagmatwał je tak, by nikt inny nie mógł go pojąć.

Zdarzają się także błędy drobniejsze, za to irytujące. Jak choćby określenie miejsca zwanego Koniec Świata (Worldsend = World's End) jako Przesłanie Świata, aczkolwiek z kontekstu wynika jasno, że chodzi o pierwszą z tych nazw. I tak dalej.

Nie jestem w stanie wyliczyć wszystkich pomyłek merytorycznych Roberta Reszke. Ich liczba zachwiała jednak moim przekonaniem, że tłumacz z angielskiego na polski powinien znać przede wszystkim polski - angielski może znaleźć w słownikach. Przykład "Pana światła" demonstruje jasno, że tłumacz nie pojął, o co chodzi w powieści, podobnie jak nie pojął sensu poszczególnych scen. Przekład sprawia wrażenie dokonanego wyłącznie na podstawie słownika, gdyż pomyłki zdarzają się nie tylko przy każdym niemal idiomie, ale też przy bardziej złożonych konstrukcjach gramatycznych. Obszerną listę błędów pana Reszke zachowuję dla potencjalnych zainteresowanych.

Na zakończenie miałem zamiar dokładnie sprawdzić losowo wybrane dziesięć stron i tylko policzyć - bez ich wymieniania - rzeczowe, logiczne błędy przekładu. Zrezygnowałem szybciej, mianowicie wtedy, gdy po dwóch i ćwierć stronie (od 105 do 107, pomijając wstęp i motto rozdziału) znalazłem 31 merytorycznych błędów. To znaczy takich, gdzie tłumacz opisał inne fakty niż Zelazny. Oczywiście, można stwierdzić, że nie mają one wielkiego znaczenia dla akcji. Zwykle nie ma też znaczenia, czy bohater jest blondynem czy brunetem, niemniej przyzwoitość każe dać mu kolor włosów wymyślony przez autora. I tylko tego typu pomyłki liczyłem na stronach 105, 106 i 107.

Jeszcze jedno. Język polski posiada ortografię, czyli reguły poprawnej pisowni wyrazów. Można jej nie lubić, ale póki obowiązuje, należy stosować. Otóż w języku polskim nie piszemy kreszendo (str.21), a crescendo, o czym można się przekonać zaglądając do "Słownika poprawnej polszczyzny". Podobnie piszemy Kriszna i Siwa, a nie Kryszna i Śiwa. Nawiasem mówiąc, Kriszna nie grał na kobzie, a na flecie, wbrew sugestiom tłumacza ze str. 222.

By wzbudzić zazdrość informuję, że przeczytałem "Pana światła" po raz trzeci, znów po angielsku. I stwierdzam, że jest to doskonała powieść, gwarantująca sporo przeżyć natury estetycznej i etycznej. Polscy czytelnicy zostali ich pozbawieni przez fatalne tłumaczenie, a także niedbałość i beztroskę wydawcy i redaktora. Te elementy zniszczyły dzieło wybitne. Przy okazji mocno a niezasłużenie podkopały dobrą opinię autora.

PS. Kawałki moich tłumaczeń należy uznać raczej za przekłady filologiczne niż literackie, mają bowiem służyć jedynie ilustracji wypowiadanych tez.

Piotr W. Cholewa



Artykuł pochodzi z miesięcznika Nowa Fantastyka nr. 116 z maja 1992 r. (strona 70).