Andre Norton jest znana jako autorka drukowanych seriali. Może z wyjątkiem pierwszego tomu "Świata czarownic" jej książki (z reguły) nie są nawet powieściami, a rozwlekłymi opowiadaniami, w których młoda osoba musi odkryć swoje dziedzictwo, swoje przeznaczenie (dziedzictwo określa miejsce w świecie, cel życia i przyszłość Cykle tych opowiadań powiązane są słabo w jedną całość miejscem akcji, które określa fantastyczne możliwości kreowania dziedzictwa do odnalezienia.

Wpadła mi ostatnio w ręce "Prekursorka"(oryginalnie "Forerunner" z 1981, polskawe tłumoczenie - Maja Kmiecik, Wydawnictwo Poznańskie 1998, ISBN 83-86138-36-X, 240 str., 12 zł. 90 gr.). Rzecz dzieje się w świecie, który - jak Wielki Guslar czy Ziemia widziana oczyma zwolenników Daenikena - od tysiącleci przyciągało roje statków kosmicznych z połowy Galaktyki. Charakterystycznym miejscem, przyciągającym bohaterów kolejnych odcinków serialu, jest skała z dwoma otworami, w których stoją zakute w metal, znieruchomiałe od tysiącleci postaci. Jest też uzdrawiająca sadzawka i mur z szatańską płaskorzeźbą.

Nie warto byłoby o tej książczynie wspominać - chyba że ktoś pisze poradnik młodego grafomana (powtarzające się "chwyty" Andre Norton warte są analizy), gdyby nie znakomite przykłady łozizmów, jakimi książeczka została nasycona przez nową adeptkę sztuki zmieniania tekstu angielskiego w polski bełkot.

Tym razem akcja zaczyna się nie w lesie czy w podziemiach, a w mieście Kuxortal, które - jak wszystkim wiadomo - istniało od zawsze. "Jego mieszkańcy stali się niewiarygodną mieszaniną ras, gatunków lub mutacji z początkami nowych form życia." (str. 5) W Kuxortal panuje kapitalizm po polsku. Miastem rządzą Gildie (mafie), których głównym źródłem dochodów jest monopol "handlowy", poparty oddziałami strażników (ochroniarzy). Strażnicy są wierni, bo po pierwsze człowiek "bez ochrony" nie może być pewny dnia ani godziny, po drugie łamiący słowo, dane lordowi (kacykowi) żyje krótko i umiera powoli, a po trzecie oddziały strażników patrolują miasto i kary (krwawe) wymierzają w trybie doraźnym. Co prawda "Działo się tak jednak tylko w otoczonych podwórzami domach i w tych magazynach, które płaciły podatek od spokoju." (str. 6) "Jako że w Kuxortal nie obowiązywało żadne powszechne prawo, toteż wszyscy wiedzieli, że strażnik może wychłostać bądź zatłuc kijem na śmierć każdego, kto jest nie dość ostrożny, a jego poczynania nigdy nie były i nie będą zakwestionowane." (str. 28) "o nim mówiono, że za jego głowę ustalona była cena; złodziej, który nie dotrzymał słowa danego Mistrzowi." (str. 43) Doraźna kara wygląda tak: "Kilku kolesiów napastnika zdołało umknąć przed przybyciem straży, lecz dwóm właśnie fachowo wykręcano ręce do tyłu i przeciskano przez głowę pętle." (str. 53) Zdumiewa nie tylko dwóch złodziei z jedną głową, ale i niesamowite okrucieństwo tej kary - strażnicy mogli przecisnąć głowę przez pętlę, żeby te syjamskie bliźnięta powiesić albo udusić, a zamiast tego oni... dziurawienie głowy, żeby przecisnąć przez nią pętle...

Walutą w Kuxortal są "srebrne łamańce" - "Oddam ci to za pięćdziesiąt srebrnych łamańców." (str. 22) - to musi być duża suma, skoro Simsa odrzuca ofertę piećdziesięciu milionów kredytów, żądając stu łamańców (gdyby usiłowała wymienić "cudzoziemskie" pieniądze "w jakimkolwiek kantorze wymiany walut", zostałaby wzięta za niezarejestrowaną złodziejkę, ale stosunek 50 000 000 : 100 robi wrażenie!); "zwój łamanego srebra" (str. 36)
Dużą wartość mają też inne metale, zwłaszcza w sztabkach z pieczęcią Gildii Metalowej.

Złodzieje (politycy ?) też mają swoją Gildię (partię?). Gildie mają swoich Lordów Gildii, Mistrzów Gildii; jest też Gildia Lordów...

"Handel" (pranie pieniędzy) polega na przechowywaniu w magazynach łupów, pochodzących "z grabieży dokonywanych przez Złodziei w innych światach. Przechowywano je w tutejszych magazynach, aby następnie sprzedać tam, gdzie nie były trefnym towarem." (str. 15)

Scena z handlarzami, przepychającymi się, żeby być bliżej otwierającego się luku statku przypomina zwykłe widoki na dworcach autobusowych, na których zatrzymują się autobusy komunikacji międzynarodowej.

Istnieje zjawisko, zwane "dzieci z hałdy" - niechciane dzieci są wyrzucane na hałdy odpadków, otaczające Kuxortal, pozostawiane dla śmieciarzy. Niejaki Qualt sprzedał Gildii Złodziei swoje dziecko o nadzwyczaj długich ramionach i to był dla Grzebacza niesłychany awans.

Statki kosmiczne są jakieś dziwne: "z otworu w boku statku właśnie wysuwano drabinę. Z wolna opuszczała się ona, aż dotknęła ziemi." (str. 29)

Jedynym właściwym środowiskiem, z którego mogłaby wyjść bohaterka opowieści są Grzebacze, pogardzani śmieciarze i drobni handlarze, zamieszkujący Ziemianki - miasto nor, wygrzebanych w ukrytych pod ziemią pradawnych ruinach starego Kuxortal. Oczywiście wychowała bohaterkę osoba niezwykła - Starucha Ferwar, która umarła tuż przed początkiem opowieści. Ferwar "była 'uczona' i znała tajemnicze metody, z których jedne mogły przynosić korzyści, podczas gdy inne kojarzyły się z niebezpieczeństwem." (str. 7) Bohaterka, Simsa (czarna skóra, srebrne włosy, brwi i rzęsy, wysuwane po kociemu pazury, pod kaftanem owinięta mocno pasem materiału, żeby nikt nie zobaczył, że ma piersi, które "niestety" stają się coraz większe - "Ten środek zabezpieczenia musiała stosować tylko wobec obcych", str. 8), pochowawszy Ferwar, zbiera zgromadzone przez wiele lat skarby swojej przybranej matki i ma zamiar za ich pomocą zapewnić sobie wyższy status w mieście. W tym celu musi sprzedać część odziedziczonych zabytków - najlepiej wprost ludziom ze statku kosmicznego, unikając pośredników, którzy w najlepszym razie przejmą lwią część ceny, a w najgorszym - zlikwidują klientkę i wezmą sobie jej mienie za darmo. Inne niebezpieczeństwo, zagrażające jej po śmierci Ferwar (sprzedanie przez sąsiadów, zapewne na prostytutkę) zażegnała tak: "Jej stopy oderwały się od ziemi, a bose palce uderzyły z całą mocą w okazały brzuch mężczyzny, wbijając się weń głęboko, nawet przez skórę, z której uszyty był jego kaftan. Jednocześnie jej ciało wygięło się w łuk, tak, że ręce wsparły się o ziemię, a ona sama, nie przestając go dźgać uzbrojonymi w szpony palcami, wykonała salto. Szybkim susem potoczyła się po ziemi i ponownie lekko stanęła na nogi. Wyłączną oznaką zmęczenia był jeden głęboki oddech.", "Podobnie jak zorsal szczuje rozjuszonego psa, tak ona okrążała teraz ciężko stąpającego mężczyznę. Nie tylko palce u nóg obnażyły groźne szpony, (...) lecz również rozcapierzone palce dłoni zaopatrzone były w tę niebezpieczną, karcącą broń." (str. 12-13) - gdybyż tłumoczka mogła wiedzieć, że szczuje się tak: "Bierz go, Azor!", a karci tak: "Niedobry Azor, fuj!" Szczucie u tłumoczki to osobny temat. "Ludzie Arfellena śledzili mnie. Czy jest stąd jakieś wyjście? Możliwe, że wypuścił nie tylko straże, żeby mnie zaszczuć..." (str. 59) "Karcące pazury" Simsy są dość dziwne: "Bezwiednie zagięła pazury, wysunąwszy ich ostre jak igły koniuszki z pochewek na palcach." (str. 39)

Simsa nie jest sama po śmierci Ferwar - ma Zass, samiczkę zorsala, której jako tako wyleczyła złamane skrzydło, z dwoma samczykami przychówku. Wokół tych czworonożnych ("Zass wyciągnęła długą, chudą kończynę") i skrzydlatych nocnych drapieżników koncentruje się sporo łozińskości. Zorsale mają uzbrojone ostrymi zębami szczęki wystarczająco silne, żeby odgryźć palec dorosłemu mężczyźnie: "mnóstwo ostrych kłów, z których dwa były wydrążone i napełnione trucizną, mogącą sprowadzić na człowieka wielogodzinne męczarnie." (str. 47; normalnie zdarzają się drapieżniki wyposażone w jad, który np. zabija gdy dostanie się do krwi, ale nie jest trucizną - zjedzony rozkładany jest w przewodzie pokarmowym - przecież chodzi o to, żeby drapieżnik mógł zjeść porażoną jadem ofiarę). "Gatunek zorsali był w cenie, gdyż jego przedstawiciele tępili większe szkodniki w budynkach mieszkalnych i magazynach." (str. 10) - szkoda, że nie dowiadujemy się, kto kupił cały gatunek, i jakie są mniejsze szkodniki, skoro większymi są szczury! Simsa może porozumiewać się z zorsalami w większym stopniu, niż człowiek ze swoim psem - naśladując wydawane przez nie dźwięki o ustalonym znaczeniu. Na str. 42 Simsa oświadcza: "Zorsali się nie tresuje", a na str. 67 oświadcza, że nie zna żadnych, które byłyby tak wytresowane, żeby tropić na rozkaz. Z zorsalem można się zaprzyjaźnić, bo młode zorsale pierwszą upolowaną zdobycz oddają okaleczonej matce... Zass ma pokryty futerkiem łepek, "Długie, zakończone piórkami czułki, służące zwierzęciu do słuchania i odbierania mniej zrozumiałych bodźców" (str. 29) w dzień są "zwinięte ciasno przy czaszce" (str. 29), ma też purpurowy język i długą szyję, oraz delikatną, przypominającą piórka sierść. Małe ciałko siedzącego zorsala jest otulone "skrzydłami jak nocną opończą" (str. 34). Źle zrośnięte po złamaniu skrzydło powoduje, że Zass nie potrafi wzlecieć, a kiedy poszybowała z okna, z góry "Lot przypominał trzepoczącą spiralę, daleką od pięknych, dokładnych kręgów zataczanych przez jej potomstwo." (str. 51) Na pustyni źle znoszące upał zorsale "poddawały się pokornie jej zabiegom z podkulonymi stopami i ze skrzydłami przygładzonymi na grzbietach." (str. 108) Ogromne oczy zorsali otoczone są ciemniejszymi obwódkami futra. A potem zorsale stają się kudłate (str. 146).

Twarz na rzeźbie - miniaturce, przedstawiającej zapewne sfinksa, którą Simsa sprzedaje Thom Chan-li Yunowi, "Posiadała oko, nos i kawałek ust niewiele różniących się od jej własnych." (str. 33) - mam (a nie: posiadam) nadzieję, że twarz miała (a nie: posiadała) notarialny akt posiadania oka, nosa i kawałka ust...

Simsa w czasie pierwszej rozmowy z Thom Chan-li Yunem (przy kolacji), oczekuje od niego wszelkich niegodziwości, zabezpiecza się przed "próbą zamroczenia jej jakimś mocnym napitkiem. Takimi właśnie napojami handlarze zwykli ogłupiać naiwnych kontrahentów, żeby ich oszukać i zarobić podwójnie. Będzie przygotowana na wypadek, gdyby kosmita hołdował takim praktykom." (str. 39) - po co spijać kontrahenta, osobę z którą ma się już kontrakt? Dlaczego kosmita miałby składać hołd takim praktykom?

"Niemal cała ulica pogrążona była w ciemnościach. Tu, w dolnym mieście, latarnie stały w dużej odległości od siebie." (str. 49) - "down town" to akurat śródmieście, centrum, a nie dolne miasto.

Tłumoczka poważnie potraktowała żart "Blady biegacz" ("Blade Runner"), bo o nocnym rabusiu pisze: "Stosując jeden z manewrów wypraktykowanych przez nocnych biegaczy, odbił się i zamierzał kopnąć go z tyłu w nogi. Miał na sobie specjalnie przystosowane do tego celu buty [ja tam buty miewam na nogach, a nie na sobie... - MSz] z czterema solidnymi kolcami ze skóry. Ich uderzenie podcinało upatrzoną ofiarę, która padała bazradnie [! - MSz] na bruk. Taki plan miał właśnie ów napastnik. Tylko, kiedy miał wykonać ostatni manewr [on już się odbił! - MSz] swego sprytnego i długo ćwiczonego ataku, akurat ta ofiara wykazała odpowiedni refleks i uchyliła się nieco w lewo. W wyniku tego tylko jeden zabójczy bucior sięgnął celu." (str. 50 - 51). Że Andre Norton "zarżnęła" scenę, która mogła być dynamiczna, to jedno. A że w wykonaniu p. Mai Kmiecik scena stała się przekomiczna, to drugie. Simsa "kopnięciem otworzyła okiennice na całą szerokość [! - MSz] i podążyła w ślady zorsala." (str. 51), przy czym zorsal szybuje w powietrzu...

Simsa obawia się, że "zostaną wygarnięci stąd z taką łatwością, jak dobrze uparowany krab ze skorupy." (str. 69)

Żona Przodownika osady rybackiej nazywa się raz Luisita (str. 76), a potem już Lustita (str. 78, 79, 80, 84, 85).

Simsa jest wyczerpana morską chorobą i upałem pustyni, na skraju której wylądowali, odwodniona i głodna. Ma jednak zamiar wrócić łodzią do miasta, zamiast ruszyć na pustynię z Thom Chan-li Yunem. Niestety, korzystając z jej snu w czasie upalnego dnia, Thom rozebrał częściowo łódź i podarł na paski żagiel, żeby skonstruować platformę, na której umieścił już cały ich zapas żywności. Teraz chce zabrać słoje z wodą, odbierając Simsie szansę na odłączenie się od niego. Simsa, wyczerpana i półprzytomna, reaguje tak: "Pazury same wysunęły się z osłonek, a z gardła wydobył ryk." (str. 94)
Transportowanie zapasów przez pustynię na owej platformie ułatwia niwelator grawitacji. Thom Chan-li Yun oświadcza: "Niestety, nie udało mi się przemycić przez straże lądowiska tak dużego niwelatora, jakiego pragnąłem." (str. 97)
"Rozległ się odgłos spadających kamieni, a w chwilę [! - MSz] później, w coraz jaśniejszym świetle dnia pojawił się jej towarzysz." (str. 101) Thom stosuje "stymulator, destylat kilku, jakbyś je nazwała, leków wzmacniających ciało i rozjaśniających umysł." (str. 110) - oczyma wyobraźni widzę destylator napełniony różnobarwnymi tabletkami...

Dość częstym elementem podróży po dziedzictwo (stałego elementu utworów Andre Norton) jest przemierzanie wąwozu. Tym razem wąwóz ma zamiast ścian czy zboczy... klify. I (chciałoby się powiedzieć: jak zwykle) nagle wąwóz przegradza ściana - też klif (str. 115). Wspinaczkę na klif (dwa razy wyższy od ścian wąwozu, zwanego przez tłumoczkę rozpadliną) ułatwia ciało wężowatego stwora, który trzymał na skraju przepaści za pomocą przyssawek. Stwora starczyło na całą długość klifu (!), a zabiły go - współpracując ze sobą - maleńkie zorsale! "Ten potwór wyglądał jak długa, cienka lina i zdawało się, że jego drugi koniec jest gdzieś bezpiecznie zamocowany, ponieważ widzieli zaledwie przednią część łba z rozwartymi szczękami i spiczastymi zębami, która miotała się usiłując dosięgnąć zorsala. W strumień światła, umożliwiający dokładną obserwację tego zajścia, wleciał drugi zorsal, który jednym rzutem dopadł ciskającego się łba tuż za szczękami. Trzy, uzbrojone w długie szpony, pazury znalazły zakotwiczenie i trzymały głowę, czwarty orzał pracowicie ogromne, najwyraźniej pozbawione powiek, oczy potwora." (str. 117) - pazury uzbrojone w szpony to rekord. Tym bardziej, że stronę dalej "Teraz do ofiary dopadł jego brat i zatopił obie łapy oraz zęby w okrytym łuskami gardle. Osaczone zwierzę potrząsnęło dziko łbem, próbując strząsnąć z siebie oprawcę."

Kaftan Simsy okazuje się frakiem lub płaszczem: "Rozpięła kaftan i rozchyliła szeroko jego poły" (str. 130).

Radosne słowotwórstwo: "Ruch, jaki wykonał, przypominał raczej upadek niż zanurkowanie" (str. 132), "Światło wypływające z mgły bledło w miarę, jak posuwała się korytarzem." (str. 140), "deszczowy wiatr" (str. 173), "chłepnęła" (str. 184), "do zgładzania ludzi" (str. 213), "Sieć zacieśniała się" (str. 229).

I takie perełki, jak "Inni byli na tyle podobni do nas, że mogliśmy krzyżować gatunki." (str. 182)

Przed Jerzym Łozińskim pełno było tłumoków, jedni może i znali angielski, ale nie znali polskiego, inni nie znali żadnego z tych języków; jeszcze inni (jak tłumoczka Renegatów Pernu) obcinali po parę stron z każdego rozdziału, zmieniali istotne szczegóły; często, jak JŁ, tłumaczyli dosłownie zdania, których sensu nie rozumieli. Jak widać, po JŁ też pełno jest tłumoków. Dalej działa "niewidzialna ręka rynku", eliminująca sumiennych wydawców, dbających o korektę, redaktorów, którzy marnują czas na staranne przeczytanie tego, co zostało napisane i ma zaraz iść do druku...
JŁ wyróżnia się tym, że katuje klasykę fantastyki na życzenie wydawcy, a wydawca i - zdaje się - sam JŁ wiedzą doskonale, że JŁ "nie czuje" fantastyki (co przyznano głośno na Polconie w Katowicach). Usprawiedliwieniem totalnego zarżnięcia Diuny ma być nowatorstwo przekładu Władcy pierścieni... To chyba coś więcej, niż niewidzialna ręka rynku...

Z poważaniem
Marek Szyjewski