Rambo okaleczony


Minęła już kupa lat, jak Amerykanin nazwiskiem Morell napisał powieść "Pierwsza krew". Wykreował w niej postać superkomandosa Johna Rambo - wspaniałego wojownika, który po wojnie wietnamskiej popada w konflikt z własnym społeczeństwem i ginie w nierównej walce. Powieść miała zacięcie epickie i broniła tych wszystkich "American boys", którzy uczestniczyli w "brudnej" - jak ją wtedy określano w mass mediach - wojnie.

Ameryka po kilkunastu latach moralnego kaca potrzebowała takiego nowego spojrzenia na swoją najnowszą historię, więc nic dziwnego, że powieść stała się bestsellerem, a powieściowy Rambo - idolem; nie tylko zresztą młodzieży. Wprawdzie Morell popełnił błąd uśmiercając swojego bohatera, ale w Ameryce nie ma rzeczy niemożliwych. Już w 1985 roku ukazała się kontynuacja przygód Johna Rambo, który nie tylko nie pamiętał, że już umarł, ale jeszcze najwyraźniej zapatrzył się na - znacznie wcześniejszego - słynnego barona Muenchausena, bo jego wyczyny stawały się coraz bardziej niewiarygodne, a powieść w związku z tym coraz bardziej infantylna. Takie, niestety, są reguły rozbuchanej komercjalizacji sztuki. W Ameryce i nie tylko. W 1991 roku powieść ukazała się po polsku. Tyle że my jesteśmy wielcy moraliści i takie nielegalne zmartwychwstanie nie przejdzie tu bez kary. Karę wymierzył tłumacz, niejaki Marek Gralik - filar bydgoskiej szkoły translatorskiej i człowiek okrutniejszy od krwawych oprawców z KGB. O ile bowiem z rąk tych ostatnich Rambo wyszedł w dobrej kondycji, o tyle po panagralikowej obróbce zostały z niego nędzne strzępy.

Pan Gralik jest najprawdopodobniej szwagrem dyrektora Wydawnictwa "Elliot". Jest to poważny atut - w innej sytuacji nikt nie powierzyłby mu tłumaczenia książki. Nie przesadzam. Osobnik o ambicjach literackich nie ma prawa do tak licznych błędów typu "z spomiędzy", "zawachała się", "wyrzymaczka", "wsadzili by", "przekonywujonco", "utonołby", "rozpoczeli", "ocieli", "przykucneli", "rozrzażone", "trzy calowe", "do Japoni", "gentelmen", "pożondnie". Powinien też ukrywać nieznajomość zasad pisowni przedrostka "nie" i kompletną indolencję w sprawach interpunkcji (przecinki stawia jak pijany szwoleżer - zamaszyście i rozrzutnie, ale bez najmniejszego sensu). A przede wszystkim powinien ukrywać fakt, że materia, o której pisze, jest mu całkiem obca. Kategoria "D" to nie wstyd, więc może należałoby wziąć się raczej za książki Harlequin ("...to ogrody miłości"), a nie pieprzyć trzy po trzy (excusez le mot), że wojskowy kolt ma kaliber 45 mm, strzelba może być dwunastu kalibrów jednocześnie, a rękojeść w łuku "potrzebuje się zginać", więc trzeba ją wykonać z materiałów... nieelastycznych. Z tym łukiem to w ogóle ciekawa historia, bo: "kiedy naciąga się cięciwę, jego górne i dolne ramię odgina się w stronę przeciwną łucznika" (s.57). Oj, nie było lekko... Tym bardziej, że łuk ten Rambo chował do "rury długiej na dwie stopy i szerokiej na sześć" (s.27) - łatwo sprawdzić, że przypiąwszy tę poręczną rzekomo rurę do łydek wyglądał jak ołowiany żołnierzyk na takiejże podstawce. Tłumacz Gralik zna się nie tylko na łukach: jest przekonany, że M-16 to oczywiście granatnik (s.27), a pistolet maszynowy i maszynowy karabin to jedno i to samo (s.108). Wiele tajemnic kryje w sobie współczesne pole walki: żołnierze używają specjalnych "kompasów magnetycznych", wyposażenie mają z "karbonizowanego włókna szklanego" i aluminium "zestarzonego kosmicznie". Cóż z tego, skoro, gdy dojdzie do "sprawdzianu ognia" (po polsku - "próby ogniowej"), to i tak najgroźniejsza jest tajemnicza "mieszanka pomarańczowa" (s.39). Nie mniej interesujące są kłopoty tłumacza z językiem angielskim, a szczególnie z tajemniczą formą "you". O ile zniósłbym, że Rambo mówi do swojego dowódcy raz "pan", a raz "ty", o tyle nóż mi się w kieszeni otwiera, kiedy byle jaki więzienny klawisz, "tyka" pułkownika Marines niczym komendanta wiejskiej straży pożarnej.

Niezaprzeczalnym wkładem Gralika w polską teorię przekładu jest propozycja, by pewne nazwiska odmieniać, ale tylko przez niektóre przypadki i to tylko od czasu do czasu. Na przykład nazwisko "Rambo". Choć może to i dobrze, że oszczędził nam form "Rambu", "Rambowi", "Rambie" i "Rambem"? Wśród czyhających na Gralika zasadzek znalazły się i nazwy własne. Raz je spolszcza, choć przyjęły się u nas w formie oryginalnej (stąd np. Wiet-kong), a raz zostawia w wersji oryginalnej (np. Navajo), choć istnieje polska.

Książka ta miała być relaksem, ale gdy zacząłem czytać o losach Rambo, którego dowódca "najbardziej ze wszystkich traktował jak syna" (s.10), ogarnęło mnie "złe przeczucie odnośnie tego" (s.17). Szczególnie gdy zobaczyłem "koszulę o szerokiej piersi", a w chwilę później ujrzałem, że szwarccharakter najwyraźniej "czuje jak pierś mu rośnie" (s.23). Nie wiedziałem "jak będzie dalsza część tego interesu" (s.25), ale uspokoiłem się widząc, że wojenna ścieżka, po której kroczy mój bohater, ma oprócz niepokojącej "dolnej części" także "otwarty koniec" (s.54), a superman uzbroił się w "nieelastyczne tworzywo takie jak metal" (s.57). Niemniej w miarę upływu czasu zacząłem się obawiać, że "mogę dostać wrzód na żołądku" (s.77), chyba że wychylę "szklaneczkę whiskey" (s.80). I rzeczywiście - po znieczuleniu alkoholem spokojnie przebrnąłem wraz z bohaterem przez "obóz wyglądający leniwie" (s.65), "głazy w źlebie" (s.99), "grzmiące płomienie" i "przeraźliwe oddechy" (s.103), pełzałem po ziemi, która "choć przesiąknięta deszczem, nie była twarda" (s.104), by w końcu "przekroczyć Mekong na stronę Tajlandii" (s.131). A cały czas myślałem o jednym: żeby tego tłumacza "szlak trafił" (s.68). Książka ma aż dwie korektorki. Są to być może panienki warte grzechu, ale nie dla każdego - powierzenie im tej pracy to wyraźna przesada: znają się na niej nie lepiej od tego, pożal się Boże, tłumacza. O pracy redaktorki nie mogę nic powiedzieć: dam sobie uciąć to i owo, jeżeli widziała tekst przed rozwiezieniem książki do hurtowni. Bogata jest firma "Turex", jeżeli stać ją na płacenie takim fachowcom.

Okładka jest śliczna - kolorowy portret Sylwestra Stallone. Bardzo realistyczny, nawet ze wzbierającym czyrakiem na prawej piersi i zabliźnioną już symetryczną wyrwą na wysokości mostka - pewnie trafiła go tam jakaś zabłąkana SS-20. Przeraża tylko nieco przemożny wpływ, jaki mają na panów artystów nasi walczący z pornografią, groźniejsi od ninja, moraliści w sutannach i mocna frakcja fanatyków spod znaku różnych Jurków i Niesiołowskich: najpierw ukazała się na okładce "Planety śmierci" Harry'ego Harrisona piękna kobieta bez grzesznego uda, a teraz sam Rambo pozbawiony rozpustnych sutków piersiowych. Żeby się nie kojarzył z Madonną? Ostatnie parę lat nauczyło nas, że pieniądze można zarabiać różnie, że liczy się pomysł i inicjatywa, że w końcu "wszystkie chwyty są dozwolone". Czy rzeczywiście wszystkie? Jeżeli tak, to stwierdźmy wyraźnie, że oferowanie takiego towaru to nie handel, to złodziejstwo.

K.U.

"Superkomandos" 4'92


Artykuł powyższy zassany został ze strony Green Devils, poświęconej organizacjom paramilitarnym i jednostkom specjalnym, za zgodą jej autorów.